wtorek, 14 sierpnia 2018

Karolina na Kazbeku

    Na samym wstępnie tego posta wyjaśnię, jak to się w ogóle stało, że wylądowałam na Kaukazie. Bo wyglądało to tak: chodzi sobie dziewczyna po Tatrach, chodzi... a tu nagle bęc i wybiera się na pięciotysięczniki. Taki przeskok wysokości i trudności może wydawać się nielogiczny, ale jednak jest wyjaśnienie tej sytuacji. Chciałam spróbować jak to jest wchodzić na górę stopniowo, zdobywając wysokość i aklimatyzację, a po drodze biwakując. Prawdziwy klimat wyprawy wysokogórskiej. A, że padło na Kazbek to już wina Wiecznej Tułaczki :-D
Jak pewnie wiele innych góromaniaków, od dawna podczytywałem bloga Magdy i właśnie to u niej przeczytałam relacje z wyprawy na Kazbek. Za pierwszym razem nic we mnie nie drgnęło, ale po jakimś czasie zaczęła kiełkować myśl o spróbowaniu swoich sił.

Z nutką ironii myślałam sobie 
"wychodzę na Rysy a tam znowu Rysy"... 
czy ja dam radę? 

Sama nie wiem nawet skąd się pojawiła myśl, że jak będę w tamtych rejonach to mogłabym od razu spróbować Elbrus <facepalm>.  I bęc, poszło- zapisałam się na wyprawę na oba szczyty wraz z agencją górską Mountain Freaks.






Kazbegi

    Z Tbilisi do Kazbegi dojechaliśmy busem zorganizowanym przez agencję Mountain Freaks. Sam przejazd był niezwykle ekscytujący, bo widoki po drodze zapierają dech w piersi. Droga pnie się po górskich zboczach, jest kręta i momentami sprawia wrażenie bardzo niebezpiecznej. Na szczęście gruzińscy kierowcy radzą sobie z nią perfekcyjnie, a turyści mogą spokojnie podziwiać piękno i ogrom gór.


Gruzja, trekking, góry, Kaukaz
zapierające dech w piersi widoki na trasie Tbilisi- Kazbegi

Kazbegi (nowa nazwa do Stepancminda, ale i tak większa część osób używa "Kazbegi") to nieduże miasteczko u podnóża Kazbeku. Góra króluje nad okolicą i pokazuje swoje, czasem pochmurne, oblicze.

góry, Kazbegi, Gruzja, wyprawa
Kazbek nie chciał się pokazać w pełnej okazałości, na lewo klasztor Cminda Sameba


Kazbegi to jak dla mnie miasteczko sprzeczności. Z jednej strony zniszczone ulice i budynki, bezpańskie psy, wszędobylskie krowy i dziesiątki rozsypujących się, trąbiących na siebie samochodów, a z drugiej masa turystów, nowoczesny hotel, marmurowe schody i kryształowe żyrandole w domach. Z jednej strony miasteczko zniszczone i ubogie, a z drugiej ślady, tego, że jednak coś zaczyna się dziać, nadchodzą zmiany, a rozkwit turystyki górskiej w ostatnich latach odciska się swoim piętnem na okolicy. Moim zdaniem bardzo, ale to bardzo interesujące i warte odwiedzenia miejsce.

kawiarnia w starym autobusie <3

typowa taxówka w Kazbegi, nie oczekujcie klimatyzacji :-)

Typowy guesthouse, z zewnątrz nie wygląda na nic szczególnego, ale mieszka się miło i komfortowo. Warto jeszcze wspomnieć, że tradycyjne gruzińskie śniadania, serwowane w takich domach są bardzo obfite i pyszne. Można porządnie naładować baterie przed wyjściem w góry



Wszystkie noclegi w miasteczku mieliśmy zarezerwowane w guesthousach. Komfort mieszkania był jak najbardziej ok- pokoje były czyste, łóżka wygodne, niektóre z nich miały nawet  łazienki w pokoju. W guesthousach serwowano nam śniadania, które muszę przyznać były pyszne i bardzo miłe. W jednym właścicielka smażyła pyszne naleśniki i racuszki, które podawała z domowej roboty, powidłem śliwkowym. Cudo!


Co znajdziecie w Kazbegi:

  • biuro informacji turystycznej wraz organizacją wyjazdów i wypożyczalnią sprzętu, Mountain Freaks
  • kilka restauracji i barów
  • bankomat
  • apteka
  • dużo sklepów, tzw. "mini market", które otwarte są przynajmniej do 23
  • sklep z pamiątkami
  • poczta
  • sklepy z winami


konie i krowy są nieodłącznym elementem krajobrazu




Hej przygodo!

     Już na drugi dzień od przyjazdu do Gruzji i samego Kazbegi wyruszyliśmy w góry, aby rozpocząć naszą kaukaską przygodę. Do plecaków spakowaliśmy wszystko co było nam potrzebne na dwa dni marszu i życia w namiocie. Ubrania, jedzenie i sprzęt potrzebne do mieszkania w bazie i na atak szczytowy spakowaliśmy do osobnych bagaży. Zapakowanymi po dach (i na dachu) samochodami wyruszyliśmy w stronę klasztoru Cminda Sameba.

pięciotysięcznik, wyprawa, gruzja
gotowi? no to w drogę!

Przejazd w okolice klasztoru trwał około 30 minut. Po dotarciu na miejsce mieliśmy chwilę czasu na podziwianie widoków i odwiedzenie klasztoru.

Kazbegi, Kazbek
klasztor Cminda Sameba



Nasze bagaże główne zostały spakowane na konie i wyruszyły w stronę bazy wypadowej na szczyt, czyli stacji Meteo, podczas, gdy my z plecakami wyruszyliśmy w stronę pierwszego obozu na wysokości ok 3100 m n.p.m. Czekało nas więc ok. 1000 m przewyższenia





bagaże główne jadą konno do stacji Meteo, podczas gdy mamy pod drodze jeszcze jeden obóz


Trasa prowadziła przez piękne okolice, zielone stoki górskie i choć była dość męcząca to muszę przyznać, że w takich "okolicznościach przyrody" szło się bardzo przyjemnie.




Po niecałych 4 godzinach dotarliśmy na miejsce. Rozłożyliśmy namioty i rozpoczęliśmy procedurę, które towarzyszyła nam już do końca wyjazdu- gotowanie wody. W górach wysokich konieczne jest picie bardzo dużej ilości wody, a dla pewności wodę pozyskaną z lodowca dobrze jest przegotować.


Kaukaz
Kazbek postanowił się pokazać :-)



W obozie czuć już było, że jesteśmy na wysokości. Proste przejścia pod górkę wprawiały w lekką zadyszkę. Od tej pory każdy kolejny metr w górę będzie dla mnie nowym rekordem :-)

Zaczęło się obozowe życie, gotowanie wody, przygotowywanie posiłków i odpoczynek przed kolejną częścią wyprawy.


gotowanie wody i jedzenie to główne elementy obozowego życia w górach wysokich





Idziemy do Meteo!


    Następnego dnia, z samego rana zwinęliśmy namioty, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy do stacji Meteo, która miała stać się naszym domkiem na kolejne 3 dni i być bazą wypadową na szczyt Kazbeku. Po drodze mieliśmy pokonać ok 500 m przewyższenia i po raz pierwszy przekroczyć lodowiec.

na lodowcu w drodze do Meteo


tuż przed lodowcem mieliśmy chwilę przerwy na zmianę obuwia na wysokogórskie i założenie raków



Trekking do bazy Meteo okazał się całkiem przyjemny, byłam w dobrej formie, czułam się silna i szłam dość szybko. Nasza 5 osobowa grupa wraz z przewodnikiem dotarła do bazy jako pierwsza.



widok z bazy pod stacją Meteo

  
 

    Stacja Meteo, zwana też Bethlemi Hut jest starym budynkiem pełniącym rodzaj schroniska.  Wewnątrz stacji znajdują się pokoje mieszkalne oraz ogólnodostępna kuchnia, zarówno dla mieszkających w budynku jak i w namiotach na terenie bazy.



Stacja Meteo czyli Bethlemi Hut






Życie w bazie


   Jak wygląda życie w bazie? W sumie może być chyba uznane zarówno za ekscytujące jak i bardzo nudne.

Jedzenie
Jedzenie przygotowuje się na kuchenkach turystycznych. W zasadzie można gotować co się chce, ale królują zalewane wrzątkiem liofilizaty. Liofilizaty to żywność, która w odpowiednim procesie zostaje zamrożona i wysuszona przez co jest bardzo lekka, a po zalaniu wrzątkiem staje się gotowym, ciepłym daniem. Liofilizaty są dość energetyczne i mają zachowaną większość składników odżywczych. Nie mają nic wspólnego z tzw "zupkami chińskimi". Większość z nich jest nawet smaczna. Minusem "liofów" jest ich cena (ok 30 zł za opakowanie) i to, że po 2-3 dniach zaczynają się bardzo nudzić.
Jak chodzi o śniadania to bardzo dobrym rozwiązaniem jest owsianka z dodatkami. Ja robiłam sobie zwykłą owsiankę z płatków błyskawicznych i dodawałam do niej bakalie albo...nutellę :-)
Za przekąski służyły nam bakalie, ser, herbatniki i oczywiście, standardowo kabanosy, a podczas wszystkich wyjść trekkingowych batony energetyczne.

Picie
Pić w górach trzeba baaaardzo dużo, a niestety wody pitnej brak. Ja spakowałam sobie do bagażu głównego 2 butelki wody, a dodatkowe 2 wniosłam na plecach. Niestety na 4 dni to za mało, dlatego korzysta się z doprowadzonej do stacji wody z lodowca. Wodę trzeba przegotować więc jednym z głównych zajęć w bazie jest gotowanie wody (wiadomo, że nie pije się wrzątku, dlatego gotuje się non stop, partiami, tak żeby woda miała czas ostygnąć). Ja gotowałam bardzo dużo wody na noc, dzięki czemu miałam w namiocie "termofory" na wypadek spadku temperatury.

Mycie
No cóż...ja się nie myłam :-) Korzystałam z mokrych chusteczek, chusteczek do higieny intymnej i żelu dezynfekującego. Oczywiście zęby szorowałam kilka razy dziennie, a usta płukałam przegotowaną wodą.

Toaleta
Przy stacji Meteo jest latrynka, ale korzystanie z niej jest średnio przyjemne. Bardzo wiele osób chodzi za "kamyczek" co sprawia, że mówiąc wprost- Meteo jest otoczone kupami i skrawkami białych papierków.
Duże ilości wypijanej wody skutkuje tym, że siusiu chce się często. Najgorzej oczywiście jest w nocy. Wypełzanie ze śpiwora, ubieranie i wychodzenie poza namiot jest uciążliwe, dlatego po przejściu w tryb nocny korzystałam z butelki.



baza pod Stacją Meteo


Kaukaz, Bethlemi Hut



Poza jedzeniem i gotowaniem czas w bazie upływa też na przemian na wyjściach aklimatyzacyjnych i odpoczynku.



wyjście aklimatyzacyjne "do kapliczki", trochę powyżej 4000 m n.p.m

kanapka z nutellą, mmmm pycha...

Kazbek, pięciotysięcznik
widok z namiotu

Kazbek w dobrym humorze :-)


Atak szczytowy


    Atak szczytowy został zaplanowany na 3 dzień naszego pobytu w bazie, a konkretnie na godzinę 2 w nocy.
Dzień przed atakiem szczytowym czułam się świetnie, porządnie się najadłam i dobrze wyspałam. Wszystko wydawało się iść zgodnie z planem.

O godzinie 1 w nocy obudził mnie dźwięk budzika, ale niestety zamiast czuć podekscytowanie i pozytywne naładowanie adrenaliną, czułam się zmęczona i osowiała. Dodatkowo przy dmuchaniu nosa zaczęła mi z niego lecieć krew. Wystraszyłam się i poczułam bardzo niepewnie. Śniadanie też nie poprawiło mi humoru. Ledwo wmusiłam w siebie gulasz, jedyne na co miałam ochotę to wrócić do namiotu i zamknąć się w śpiworze.
Dalej już było coraz gorzej. Miałam problemy, żeby się ubrać, byłam rozkojarzona, nie byłam w stanie skupić się na dopakowaniu plecaka i wyjściu na czas z namiotu. gdy wreszcie wydawało mi się, że jestem gotowa dalej coś było nie tak. Uprząż zaciśnięta za mocno, za gruba czapka, czołówka nie chciała się włączyć. Wszystko to tylko dodatkowo mnie stresowało i odbierało, już i tak wątpliwe tego dnia, siły.
W końcu wyruszyliśmy. Szliśmy w ustalonych dzień wcześniej grupach, przewodnik + 4 osoby. Poza mną i Danem, w naszej grupie znalazły się dwie przesympatyczne dziewczyny, Sylwia i Marta. Podczas wcześniejszych trekkingów trzymaliśmy się razem i mieliśmy podobne tempo, dlatego naturalne było, że zdecydowaliśmy się na ruszyć razem na atak szczytowy.


z Sylwią i Martą, które były moimi towarzyszkami podczas trekkingów oraz w początkowej części ataku szczytowego. Kochane moje, serdecznie Was pozdrawiam i dziękuję za wspólny czas!


   W bardzo krótkim czasie po wyruszeniu spod Meteo zauważyłam, że nie jest ze mną dobrze. Nie miałam siły i kompletnie nie rozumiałam co się dzieje. Problemy na wysokości zazwyczaj kojarzą się z zadyszką, duszeniem się  itp. Tymczasem ja po prostu nie miałam siły. Szłam bardzo powoli, co kilka kroków musiałam się zatrzymywać i nie byłam w stanie niczego z tym zrobić. Mając świadomość tego, w jakiej jestem formie fizycznej i jakie mam możliwości, to co działo się ze mną wtedy, było przykre i frustrujące.  Sylwia i Marta troskliwie starały się mnie pocieszyć i motywować, ale ja nie mogłam się zebrać w sobie. Po jakimś czasie podeszła do mnie, kierująca wyprawą Ewa, oznajmiając, że moje tempo jest zbyt wolne, aby w bezpiecznym czasie osiągnąć szczyt. Usłyszeć to było straszne, ale wiedziałam, że są dwie opcje- zawracać, albo iść szybciej. Postanowiłam walczyć dalej. Wraz z Danem odłączyliśmy się od Marty i Sylwii oraz naszego przewodnika Niki. Marta i Sylwia były tego dnia w super formie, więc po kilku minutach zniknęły nam z oczu. My poczekaliśmy chwilę i dołączyliśmy do najwolniej idących Kasi i Dominika oraz ich przewodnika, Gigi. Związaliśmy się liną i ruszyliśmy. Z Gigą  2 dni wcześniej w świetnym tempie pokonałam lodowiec, tym razem jednak nie byłam w stanie utrzymać nawet połowy tego tempa. Walczyłam ostro, ale nie zdawało się to na nic. Mniej więcej na wysokości 4600 m n.p.m zaczęło mi się kręcić w głowie i na moment totalnie mnie odcięło. Giga popatrzył na mnie i zapytał "i co teraz? schodzimy?". Kiwnęłam głową i rozpłakałam się. Dan zdecydował się wracać ze mną, niestety dla Kasi i Dominika nie było już żadnej grupy, do której mogliby dołączyć więc zawrócili razem ze mną.

pięciotysięcznik, Kaukaz, Meteo
z przewodnikiem, który troszczył się o mnie całą drogę i podtrzymywał na duchu



Z każdym krokiem w stronę bazy czułam się fizycznie lepiej, ale psychicznie gorzej. Wydarzenia, które miały miejsce kilka-kilkanaście- kilkadziesiąt minut wcześniej wydawały mi się czymś co się nie wydarzyło, snem. Nie mogłam  uwierzyć w to, że właśnie zakończył się mój atak szczytowy na Kazbek, coś na co czekałam tak bardzo długo.


w drodze do Meteo



Powrót do bazy zajął mi kilka godzin.
Gdy tylko dotarłam pod Meteo, uciekłam do swojego śpiworka, w którym w zasadzie przesiedziałam praktycznie do wieczora.  Było mi tak okrutnie ciężko, że nie jestem w stanie tego opisać. Z jednej strony wydawało mi się, że czuję respekt do góry, z drugiej jednak myślałam sobie "trenuję, chodzę po górach, powinno być ok". Ale ok nie było. Do wyprawy przygotowywałam się długo i sumiennie i miałam poczucie, że to bardzo niesprawiedliwe, że to właśnie mnie się nie udało. Potrzebowałam dużo więcej czasu na aklimatyzację i mój organizm przestał sobie radzić z wysokością. Góra dała mi pstryczka w nos i pokazała, że z naturą się nie wygra.


Z naturą się nie wygrywa. 
Natura może być po naszej stronie, ale walczyć z nią nie ma sensu. 
To ogromna lekcja, która pozostanie w moim sercu na zawsze.



Meteo, góry wysokie
podczas zejścia w stronę bazy przy stacji Meteo


Powrót z bazy

    Po niepowodzeniu mojego wejścia na szczyt chciałam wrócić do Kazbegi jak najszybciej. Miałam dość deszczu, wiatru, tęskniłam za łazienką i normalnym jedzeniem. Byłam zmęczona i sfrustrowana. Na szczęście nie należę do marud więc szybko udało mi się zebrać w sobie i już kilka metrów po opuszczeniu bazy odzyskałam dobry humor. Pomogli mi też towarzysze wyprawy, którym jestem bardzo wdzięczna za ciepłe słowa i wsparcie.
Do Kazbegi wróciłam radosna i gotowa na dalszy ciąg mojej kaukaskiej przygody czyli wyjście na Elbrus.

koniec smutków, Elbrusie nadchodzę!!!






2 komentarze:

  1. Niesamowicie szybko się pozbierałaś! Dla mnie jesteś wielka! I strasznie żałuję, że akurat TEGO dnia dopadła Ciebie niedyspozycja. Wiem, jak ciężko trenowałaś i absolutnie zasłużyłaś sobie na szczytowanie. Może latem 2019? :D Ja już wiem , że z Kazbekiem zmierzę się po raz trzeci. :P W ramach aklimatyzacji robię dwa inne szczyty (Czauczi i Ortsveri). Kro wie, może się zdecydujesz? :D

    A co do kanapki z nutellą... Wyszarpałam jedną pod Elbrusem od Twojego męża (a może od Ciebie?) i choć zjadłam tylko połowę, to dała mi ona siły na zejście z tej góry. Najlepsza kanapka ever! :D Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dan chyba zrobił taką kanapkę dla mnie i dla Ciebie, gdy zobaczył jak się mordowałyśmy z liofami (blaaaah).
      Akcja z Kazbekiem była mega frustrująca i przykra, szczególnie jak słyszałam że inni sobie "coś tam pobiegali" albo w ogóle nic. Wiadomo, oczywiście nie byłam zła na nich, tylko było mi trochę przykro i myślałam sobie "fuck, dlaczego akurat ja?". Z drugiej strony to była niezła lekcja pokory i tego, że nie zawsze jest tak jak sobie założymy, że będzie.
      A co do 2019 to myślę, że się spotkamy a gdzie dokładnie to okaże się już niedługo :-)

      Usuń