poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Karolina idzie na Elbrus

  O tym jak w ogóle to się stało, że znalazłam się na Kaukazie, a jednym z celów wyjazdu było wejście na Elbrus pisałam we wcześniejszym poście, który znaleźć można tutaj.

W rzeczywistości celem wyjazdu był Kazbek, na który gdzieś w głębi duszy byłam przekonana, że wejdę. Elbrus był dodatkiem na zasadzie "spróbuję", ale jakoś kompletnie nie wyobrażałam sobie tego, że mogłabym stanąć na jego szczycie.W końcu przez wielu to Elbrus uważany jest za najwyższy szczyt Europy i jest on jednym ze szczytów, na który wchodzą osoby zbierające tzw Koronę Ziemi.


Ale jeszcze zanim zacznę dodam jedno- 
wiele osób pyta mnie "po co Ci to?"
Jeżeli Ciebie też to nurtuje, zerknij na poniższe zdjęcie


między innymi: po to :-) widok z masywu Elbrusa, z wysokości ok. 3750 m n.p.m





Jedziemy do Rosji!


        Choć nie wiem jakbym się starała, wiem, że nie będę w stanie opisać Wam tego jak wygląda przejazd przez granicę pomiędzy Gruzją, a Rosją. To po prostu trzeba przeżyć. Przejście, a w zasadzie przejazd graniczny, który przekraczaliśmy w drodze z Kazbegi do Azau, jest jednym z niewielu znajdujących się na terenach nieokupowanych. Kolejki samochodów są gigantyczne, a przekroczenie granicy może zająć kilkanaście godzin. I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, może być dość nerwowo. Są bójki, sprzeczki, pościgi, ludzie rzucają się pod koła, co chwilę jeżdżą patrole policji i porządkują niesfornych kierowców i pasażerów. Wszystko potęgują jeszcze wysokie temperatury i zmęczenie. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Nam udało się przejechać stosunkowo szybko. Gruzini są znani ze swojej brawurowej jazdy samochodami i nasz kierowca potwierdził przed nami swoje gruzińskie korzenie :-)
Samo przejście przez granicę nie należy do najprzyjemniejszych. Strażnicy są podejrzliwi, długo wertują dokumenty, bacznie przyglądają się każdemu turyście, zadają pytania dotyczące celu podróży, miejsca pracy w Polsce itp. Podobnego przekraczania granicy doświadczyłam w USA, z tym że tam pan był uśmiechnięty i wesoły, czego z pewnością nie można było powiedzieć o panu w Rosji.

* info praktyczne: aby dostać się do Rosji, trzeba wyrobić sobie odpowiednią wizę. Wiza turystyczna jest wizą jednorazową, tzn, że traci ważność w momencie opuszczenia kraju (nawet jeżeli jej ważność mija dopiero za kilka dni). Wyrobienie wizy kosztuje ok 400 zł i można ją otrzymać 2 tygodnie. W szybkim i sprawnym wyrobieniu wizy pomagają agencje pośredniczące. Ja korzystałam z biura wizaszybko.pl 



Koninki Kaukazu czyli welcome to Azau


      Elbrus, najwyższy szczyt Kaukazu, przez część osób uważany też za najwyższy szczyt Europy. U jego podnóża leży maleńka mieścinka, Azau, swoim rozmiarem przypominająca raczej gorczańskie Koninki. Znając nasze polskie Zakopane, które leży u stóp, w porównaniu do Kaukazu, maleńkich Tatr, trudno wyobrazić sobie wielkość tej mieścinki. Hotele i knajpki w okolicy policzy się na palcach jednej ręki, a całe życie miasteczka  toczy się wokół wyciągu gondolowego jadącego w stronę Elbrusa. Oprócz tego w Azau znajduje się kilka sklepów, wypożyczalnia sprzętu, bankomat i apteka. Szał. Nieco bardziej rozbudowany jest sąsiedni Terskol ale też nie spodziewajcie się tutaj cudów- kantor, kilka sklepów z pamiątkami, restauracji i wyciąg krzesełkowy na górę Czeget, z której można podziwiać masyw Elbrusa. Wsjo ;-)
W Azau zamieszkaliśy w Antau Hotel, wyjątkowo komfortowym hotelu, z fantastyczną, gościnną obsługą. Po tygodniu spędzonym w raczej prostych, gruzińskich guesthousach oraz bazie Meteo, hotel Antau był baaaaardzo miłą odmianą.





Baza wypadowa na szczyt


      Wejście na szczyt Elbrusa rozpoczyna się pomiędzy 3800 a 4100 m n.p.m. Mniej więcej pomiędzy tymi dwoma wysokościami rozciąga się baza noclegowa. Oczywiście można skorzystać z własnego namiotu, jednak większość osób nocuje w tzw Beczkach lub, sąsiadujących z nimi, barakach i schronach. Warunki są spartańskie, ale o wiele wygodniejsze od namiotu.


słynne Beczki

a tak Beczki wyglądają z bliska




Podchody na Elbrus :-)


      Po tym co wydarzyło się na Kazbeku strasznie się bałam, że z Elbrusem będzie jeszcze gorzej. Na Kazbeku udało mi się dojść jedynie do wysokości 4300, gdzie tam jeszcze do 5000, a na Elbrusie czekała mnie wysokość 5642. Na szczęście Ewa (właścicielka agencji Mountain Freaks,  z którą podróżowałam) otoczyła mnie świetną opieką i wsparciem. Dostałam pomoc farmakologiczną i wsparcie przewodnika na dodatkowe wyjście aklimatyzacyjne. Udało mi się wtedy wejść , bez absolutnie żadnych problemów, na wysokość 4800 m n.p.m czyli do górnej części Skał Pastuchowa. Nawet nie wiecie jaka byłam szczęśliwa! Zobaczyłam Elbrus, słynne "Beczki", Diesel Hut i resztki dawnego schronu Prijut 11. To wszystko o czym czytałam, wszystko co wydawało mi się egzotyczne i dalekie, było na wyciągnięcie moich rąk. Bardzo się wzruszyłam i czułam ogromną wdzięczność do losu, że udało mi się spełnić takie marzenie.


Kaukaz, pięciotysięcznik, Korona Ziemi
wjazd kolejką gondolową, w oddali widać pokryte śniegiem wierzchołki Elbrusa, wyższy to ten po lewej stronie

trekking, Kaukaz, pięciotysięcznik
na wysokości 3800 m.n.p.m tuż przed rozpoczęciem trekkingu do Skał Pastuchowa

Elbrus, Kaukaz, pięciotysięcznik
Tzw. Diesel Hut oraz ruiny słynnego Prijut 11

Kaukaz, pięciotysięcznik, Karolina Stensen
widok w stronę Azau z okolic Diesel Hut



Trekking do górnej części Skał Pastuchowa, czyli ok. 1000 m przewyższenia, zajął nieco ponad 3 godziny  Trochę trudno sobie wyobrazić, że kolejne 800 m do góry może zająć 10 godzin!


Skały Pastuchowa, Karolina Stensen
na górnej części Skał Pastuchowa, za mną to niższy wierzchołek Elbrusa, najwyższa część znajduje się na lewo od tego wierzchołka i nie jest widoczna na zdjęciu



Elbrusie nadchodzę!


    Gdy nadszedł "ten dzień" spakowałam plecak ze wszystkim co było mi potrzebne najbliższe godziny oraz na atak szczytowy  i wyruszyłam wraz z całą ekipą do bazy wypadowej. W okolicach godziny 13.00 wyjechaliśmy kolejką do stacji końcowej na wysokości ok 3800 m n.p.m gdzie mieliśmy spędzić czas do ataku szczytowego. W skład ekipy weszli: mój mąż Dan, Magda znana jako Wieczna Tułaczka, Ania i Kamil, którzy dołączyli do nas, choć na atak szczytowy ruszali z własnym przewodnikiem, Norbert oraz  Ewa z Mountain Freaks. Drugi zespół (Ania- dziewczyna o niesamowitej kondycji i sile, Paweł, dla którego Elbrus jest kolejnym szczytem Korony Ziemi, oraz wesoła gaduła-Mariusz) nocował w okolicy Prijut 11, z uwagi na to, że postanowili ruszyć w inny sposób nie my i z innym przewodnikiem.

Kaukaz, pięciotysięcznik
w drodze do bazy (cały czas zastanawiam się jak podpisać to zdjęcie :-) ), fot. Anna Gryta

W bazie pod Elbrusem można nocować w namiocie, można też spędzić noc we wspomnianych wcześniej Beczkach, lub jednym ze schronów. Schrony to proste budynki i baraki, w których mieszczą się pokoje z łóżkami piętrowymi. Funkcje toalet pełnią porozstawiane wychodki, łazienek oczywiście nie ma :-) Nasz plan zakładał spanie właśnie w jednym z takich "schronisk".

Po rozlokowaniu się w pokoju udaliśmy się na obiad, a po nim wszyscy oprócz mnie ucięli sobie drzemkę. Ja niestety ze stresu przed atakiem szczytowym zaczęłam mieć problemy natury fizjologicznej, co poskutkowała tour de toilet, a konkretnie tour te wszystkie toilet w okolicy :-D Pewnie zdziwi Was trochę ta szczerość, ale piszę o tym celowo. W górach takie sytuacje zdarzają się często. Ma w tym udział stres, sposób żywienia, ogólne zmęczenie organizmu itd Na szczęście byłam na taką sytuację przygotowana i w miarę szybko udało mi się ją opanować. Uff...

Po koniec dnia czekała nas jeszcze kolacja, ponowne omówienie wyjścia, pakowanie i wreszcie upragniony sen.


Kaukaz, pięciotysięcznik, Korona Ziemi
siatka co prawda nie z Biedry, ale Żabka też na propsie




Pobudka nastąpiła po 2 w nocy*.


*Mogliśmy sobie pozwolić na późniejsze wyjście, bo początek trasy zaplanowano przejechać ratrakiem. Wiem, wiem ... Zaraz będą głosy, że jak to ratrakiem i tak dalej... Ten sam fragment trasy pokonałam dzień wcześniej i w zasadzie mogłam tam rozbić namiot, a zamiast tego zeszłam w dół i dołączyłam do grupy. Praktycznie nie miałam dnia restu. Poza tym największe trudności zaczynają się ok 5000, dla porównania dojście do Skał Pastuchowa zajmuje 3 godziny, podczas których pokonuje się ok 1000 m przewyższenia, następne 800 m wysokości do szczytu może zająć 8-10 godzin. Nie specjalnie mam ochotę się z tego tłumaczyć, żeby oceniać takie podejście i decyzje, trzeba samemu przed nimi stanąć ;-)


    Po wstaniu z naszych "pryczy", szybko wrzuciliśmy na siebie ciuchy i zaczęliśmy gotowanie wody i szykowanie jedzenia. Potem zaczęły się męczarnie, bo zjedzenie torebki liofilizowanego gulaszu o takiej godzinie, jest uwierzcie mi, okropne. Po zjedzeniu połowy opakowania mój żołądek powiedział "dość". Jedzenie rosło mi w ustach, a zaraz potem już sam zapach zaczął odrzucać. Nie i już! Sytuację uratowała kanapka z nutellą :-)
Po jedzeniu pozostało jedynie wrzucić na siebie wszystkie pozostałe warstwy ubrania, dopakować plecaki i wyruszyć w drogę. W górę wił się już sznur światełek. Korowód podobnych do nas ludzików, którzy tego dnia zapragnęli stanąć na szczycie. Wokoło panowała cisza.
Żałuje, że po drodze nie robiłam zdjęć telefon zakopałam pod warstwami ubrania, żeby wytrzymał temperaturę i dotrwał do końca ;-) choć sama nie wiem czy potrafiłabym uchwycić ten niesamowity spektakl, który ukazał się naszym oczom. Pomarańczowo-różowe chmury gęsto otuliły zbocza góry tworząc krajobraz, którego nigdy wcześniej nie udało mi się nigdzie zobaczyć. Wyglądało to jakbyśmy znajdowali się na wyspie położonej na morzu chmur odbijających światło wschodzącego Słońca. Mniej więcej 30 minutach dotarliśmy do górnej części Skał Pastuchowa.

    Rozpoczęła się mozolna wędrówka w stronę szczytu. Trasa nie ma trudności technicznych, ale nie potrafię sobie wyobrazić, ja niebezpieczna może być ta droga przy niepogodzie. Białe, ciągnące się w nieskończoność pola i zbocza góry- w przypadku mgły lub śnieżycy wszystko może wyglądać podobnie, ścieżka stanie się niemożliwa do odnalezienia, a zmęczone oko nie będzie mogło ocenić położenia.  My na szczęście byliśmy pod opieką lokalnego przewodnika i ratownika górskiego, Abu. Dodatkowo góra okazała się dla nas łaskawa i pomimo silnego wiatru, pogoda była piękna, słoneczna i jak na Elbrus, wyjątkowo ciepła. Kroczyliśmy wolniutko, krok za krokiem, ale wcale nie czuliśmy tego, że idziemy wolno. Szybsze tempo po prostu nie wchodziło w grę.
Mniej więcej na wysokości 5100 m n.p.m miałam moment załamania. Przez chwilę poczułam się bardzo słaba, chciało mi się spać i zrobiło trochę niedobrze. Poprosiłam Abu o króciutką przerwę. Łyk herbaty, kawał Chałwy i ruszyłam dalej. Na przełęczy pomiędzy wierzchołkami zrobiliśmy kilkuminutowy odpoczynek na wzmocnienie. Ruszyliśmy dalej  wkrótce dotarliśmy do przełęczy między wierzchołkami Elbrusa.

Ooops...
Na atak szczytowy zdecydowałam się założyć pieluchę. Wiem, że to brzmi okropnie, ale rozbieranie się ze wszystkich warstw odzieży oraz z uprzęży jest w takich warunkach straszne i trwa bardzo długo.. Poza tym podczas ataku szczytowego nie da się wejść za kamień albo w krzaczki, potrzeby załatwia się prawie w tym samym miejscu, w którym się zatrzymamy. Tak, na widoku innych ludzi. Myślałam, że jestem cwana i mam przebiegły plan i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że pieluchę założyłam źle...Reszty możecie się domyślić, ale what happens on Elbrus, stays on Elbrus ;-)


pięciotysięcznik, Karolina Stensen
na przełęczy pomiędzy wierzchołkami Elbrusa, za mną na lewo widać jak trasa trawersuje niższy wierzchołek



Od przełęczy zaczyna się fragment trawersu wyższego wierzchołka, na którym rozpięte są poręczówki. Nie jest to trudny technicznie fragment, ale muszę przyznać, że przy silnym wietrze i zmęczeniu, nie był dla mnie szczególnie przyjemny. Na szczęście przejście go góry poszło, choć bardzo wolno, gładko i bezpiecznie.
Gdy wreszcie dotarliśmy na wypłaszczenie, z którego było już widać szczyt byłam tak zmęczona, że ostatnie kilka metrów szłam chyba 20 minut. Szok! Momentami liczyłam kroki do 10 i po każdej "dyszce" musiałam się zatrzymać i odpocząć kilka sekund. Wcześniej o takiej reakcji organizmu na wysokościach czytałam jedynie w książkach i bardzo trudno mi było sobie to wyobrazić. Szczerze, jest to naprawdę przerażające.

Na szczyt dotarłam zmęczona, ale szczęśliwa. Cały czas myślałam "udało się! udało się!". Mój totalnie odporny na wysokość mąż powiedział mi później, że kompletnie nie dało się ze mną rozmawiać i zachowywałam się jak pijany zombie <3 Szczerze mówiąc niewiele pamiętam ze szczytu. Dziwna mieszanka zmęczenia, adrenaliny i wysokości zrobiła swoje.

Na szczycie spędziliśmy kilka minut, oglądnęliśmy widoki i zrobiliśmy parę zdjęć. Mój wykopany spod ubrań telefon zrobił jedno zdjęcie i padł.

Kaukaz, pięciotysięcznik, wyprawa
od lewej Norbert, Magda, ja, Kamil i Ania, z tyłu z flagą stoją nasi przewodnicy

Karolina Stensen
na szczycie Elbrusa, fot. Magda Wieczna Tułaczka

Nadszedł czas zejścia.
Z jednej strony to co wiązało się z wysokością ustępowało, z drugiej dawało o sobie znać zmęczenie. Szczególnie ciężki był dla mnie fragment przejścia po poręczówkach. Gdy schodziliśmy w dół poręczówki były "zakorkowane"  przez tłumy pnące się do szczytu. Bardzo ciężko było wymijać poszczególne osoby, zabierało mi to tyle siły, że gdy na wolnych fragmentach powiało mocniej, było mi ciężko ustać na nogach. Do tego jeszcze zobaczyłam jak jednemu z wchodzących wypadł z ręki kijek trekkingowy. Prędkość z jaką zsunął się po zboczu i zniknął mi z oczy była przerażająca.  Wystraszyłam się. Bardzo pomógł mi wtedy nasz przewodnik Abu, który cały czas był blisko i dawał poczucie bezpieczeństwa.



z Magdą w drodze do bazy




Do naszego baraku dotarliśmy mega zmęczeni, ale cali, zdrowi i bardzo szczęśliwi! Od tamtego momentu do końca wyjazdu świętowaliśmy nasze sukcesy i cieszyliśmy się ze wspólnie przeżytej przygody.



ten moment gdy po kilkunastu godzinach możesz wreszcie zdjąć wielkie, zimowe buty...

zimne i zasłużone :-)



      Czy było ciężko? Było. 


   Przed wyjazdem często zdarzało się, że gdy mówiłam o swoich planach, słyszałam "a tam nie jest trudno, nie?", "ale tam nie ma trudności technicznych?", "a to taka łatwa góra?"...
I racja, wejście od strony Azau nie ma trudności technicznych i gdyby ta góra miała 1000 m wysokości to może byłaby całkiem spoko...Ale nie ma 1000 m i nie jest spoko. Tam jest ciężko!  Na tej wysokości nasz organizm pracuje inaczej, mózg funkcjonuje w nieznany nam z nizin sposób, a ciało nie odpowiada na "wezwania" w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Z tej  kaukaskiej "Kopy Kondrackiej" nie wróciło wiele osób, więc nie można się zapominać i tracić szacunku wobec  góry, której wierzchołek leży przecież na wysokości 5642 m n.p.m

  Były momenty bardzo trudne, chwile, gdy liczyłam kroki do 10 serio, 10 kroków i przerwa, gdy prawie zasypiałam idąc, gdy było mi niedobrze, momenty gdy myślałam, że po prostu już dalej nie dam rady. Zaciskałam zęby i mówiłam sobie "dziś wejdziesz na ten szczyt i kropka".



Wejście na Elbrus było dla mnie niesamowitym doświadczeniem i przygodą, o której jeszcze całkiem niedawno nie miałabym odwagi marzyć.
Co będzie dalej? Gdzie mnie nogi poniosą? Jeszcze nie wiem, ale wiem na pewno, że moja górska przygoda dopiero się zaczyna :-)




                                                                                             Pozdrawiam serdecznie
                                                                                                         Karolina
     


2 komentarze:

  1. Dan jest niesamowity! Miałam wrażenie, że mógłby wyciągnąć na szczycie fajkę, wędkę, stolik z pokerem, cokolwiek, ale nawet nie zwróciłby uwagi, że znajduje się na pięciotysięczniku. :D

    Mnie też na Elbrusie było cieżko, nogi miałam z ołowiu, a pusty brzuszek nie dodawał energii. Ale dałyśmy radę! Brawo my! :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam jak podeszłaś do mnie i zapytałaś "Poddasz się?", a ja na to "k^&#@ jap... (i kilka innych podobnych słówek) choćbym miała paść to się nie poddam". Kiwnęłaś głową i odpowiedziałaś "no ja też nie!" Było MEGA!
    a co do Dana to koleś jest z innej planety, chyba nigdy tego nie ogarnę ;->

    OdpowiedzUsuń