czwartek, 8 marca 2018

Bieg Piastów 25 km CT

      W ubiegłym roku, mniej więcej na przełomie sierpnia i września, postanowiłam, że najwyższa pora wziąć się w garść i ruszyć z nowymi projektami.
Pierwszym stał się "projekt wspinanie", drugim projekt "narty". Założenie było proste- wrócić do mojej pasji jaką są narty biegowe, a nic tak skutecznie nie motywuje jak...start w zawodach. Zdecydowałam, że kupuję nowe narty i rozpoczynam treningi, a w pierwszy weekend marca wystartuje w Biegu Piastów na dystansie 25 km, techniką klasyczną. Bieganie na nartach jest sportem technicznym, dlatego mocne płuca i serducho nie wystarczą jeżeli nie ma się wyćwiczonej techniki. A wiadomo, technikę narciarską ćwiczy się biegając na nartach. O tym jak wyglądały moje przygotowania będzie osobny post.





     Pierwsza szyki pokrzyżowała mi pogoda, bo postanowiła, że w Małopolsce nie będzie śniegu. W zasadzie jedynym miejscem, gdzie można było trenować była trasa na Turbacz.
Drugie w kolejce okazały się moje własne, nowe narty. Przyzwyczajona i nauczona warunków śniegowych w Norwegii, sprawiłam sobie narty na wyższe temperatury, narty, których nie pokrywa się specjalnym woskiem, ponieważ mają mikrołuskę i przy temperaturach około 0 i powyżej mają swoją przyczepność. A tu psikus bo polski śnieg okazał się zimny i suchy. Narty kompletnie nie trzymają się podłoża, nie nadają się do podbiegów, ani stylu naprzemiennego, nie można też poprawić przyczepności smarami. Ergo- treningi na Turbaczu  polegały na klepaniu jodełką pod górę :-D
   Trzecie klapło moje zdrowie. Na równy tydzień przed zawodami, po ostrym treningu w Kościelisku (yeah, wreszcie spadł śnieg) przeziębiłam krtań i oskrzela. Totalna klapa!

Co prawda chorobą bardzo się przejęłam, ale nie odpuściłam! Pięć dni przeleżałam w łóżku kurując się najróżniejszymi specyfikami i w piątek rano spakowana wyruszyłam w stronę Jakuszyc. Zrobiłam co w mojej mocy, a z tym na co wpływu nie miałam i tak nic zrobić nie mogłam :-D


relacja z Biegu Piastów, dystans 50 km, CT



     W sobotę pół dnia spędziłam kibicując zawodnikom startującym w biegu głównym na 50 km. Wielki szacun, bo termometry na starcie pokazywały -18 stopni!



     Całe szczęście moje modlitwy zostały wysłuchane i w niedzielę, czyli dzień mojego biegu, temperatura skoczyła o 10 stopni w górę. Dodatkowo zastosowałam kilka tricków, których zadaniem miało zabezpieczenie przed zimnem przed zawodami. Jak już Wam wspominałam, strasznie marzną mi stopy, dlatego też rozgrzewałam się w butach Emu, a do butów narciarskich włożyłam butelki z gorącą wodą. Na starcie były cieplutkie i miło grzały. W ogóle wyglądałam śmiesznie rozgrzewając się w dresie, kurtce puchowej, ogromnych rękawicach i wielkich butach. Czekało mnie natomiast 25 km jazdy w lycrze i nie chciałam tracić energii na rozgrzewanie organizmu przed startem.
Ogólnie muszę się przyznać, że przed samymi zawodami byłam tak zestresowana jak chyba nigdy w życiu. Zaczęłam biegać na nartach dopiero w wieku 28 lat, dwa lata później wystartowałam w pierwszych zawodach, potem kolejnych i  tak dalej. Później nadeszły 3 sezony bez nart i teraz dopiero nastąpił powrót. Stresowałam się, że wynik będzie dla mnie niezadowalający, że "padnie" mi głowa, że będzie mi wstyd samej przed sobą, że nie mam już takiej formy jak kiedyś. Wiem, że to może śmiesznie brzmi, ale jestem bardzo ambitną osobą, stawiam sobie wysokie poprzeczki i źle znoszę swoje słabości. Tak już mam :-/




    Całą trasę zdecydowałam się przebiec tzw bezkrokiem, czyli pchając do przodu łapkami. Mocno obawiałam się, że na podbiegach może mi być zbyt ciężko, ale nie miałam dużego wyboru, bo jak pisałam wcześniej, na moich nartach nie da się zrobić przyczepności smarami. Pozostało mi pchać :-) Zimny, zamulający śnieg (tak, tak w mocno ujemnych temperaturach śnieg wcale nie jest szybki, a wręcz przeciwnie)  nie dawał niczegow gratisie i trzeba było mocno prężyć wszystkie mięśnie :-) Na podbiegach faktycznie było ciężko, najgorsze były długie, powolne podbiegi. Wysysały ze mnie siłę i nie dawały na moment złapać oddechu.  Ale walczyłam ostro, a na podbiegach pomagały okrzyki kibiców i wzajemne wsparcie zawodników, Na trasie moje serce zdobył starszy pan, który na mój widok zaczął krzyczeć

"Tak jest! Pchaj do przodu Żółty Kaczeńcu!"








  Sam moment startu był bardzo emocjonujący, czekanie napięta atmosfera, w głośnikach jeden z moich ulubionych muzycznych motywów filmowych z "Incepcji", odgłos szurania setek par nart i setek par kijków dziubiących śnieg, szepty, krzyki, charakterystyczne "klekotki" i dzwonki strony kibiców... Było to bardzo mocne i wspaniałe przeżycie.


    I wystartowaliśmy. Pierwsze 4,5 km pchałam bardzo łagodnym podjazdem po których nastąpił przyjemny długi zjazd. Mogłam chwilę odpocząć od pchania. Później znowu przez kilka kilometrów trzeba było pomachać konkretnie łapkami.  To był pierwszy moment kryzysowy. Pomyślałam "jak taki śnieg będzie całą trasę to chyba padnę".



 Szybko odpędziłam negatywne myśli i w nagrodę dostałam jeden z najprzyjemniejszym momentów- pętlę pod stacją Orle. Na otwartej polanie pięknie świeciło słońce, a śnieg był przyjemny i pozwalał się świetnie rozpędzić. Złapałam dobrą prędkość, gładziutko pokonałam podbieg, idealnie weszłam w zakręt i ruszyłam zjazdem. Coś pięknego! Gdyby tak mogło to wyglądać na całej trasie....Dalej, od Orle do Kozińca prowadziła w zasadzie płaska trasa. mniejszych i większych zjazdach moje narty działały bez zarzutu i udawało mi się zyskać cenne sekundy.Niestety dużo czasu straciłam na wymijaniu innych zawodników. Start w 3 sektorze i duża ilość dobrych, ale niedoświadczonych zawodników skutkowała tym, że bieg nie do końca był płynny. Z założenia zawodnicy powinni się trzymać prawej strony, lewy tor służy do wymijania i jest przeznaczony dla zawodników dużo szybszych. Niestety bardzo wielu zawodników jechało cały czas lewym pasem blokując możliwość płynnego wymijania i stwarzając trochę frustrujące, momentami niebezpieczne sytuacje.


Najgorszy moment całego biegu nastąpił mniej więcej na dziewiętnastym- dwudziestym kilometrze. Tutaj zaczął się długi i męczący podbieg. Byłam już zmęczona, a tu takie okropieństwo. Przyznam szczerze, że przez moment byłam przerażona, ale nie poddawałam się, do mety zostało już przecież tylko 5 km!

tak wygląda mała, zmęczona narciarka, pchająca pod górę


Pchałam ile siły w ramionach do góry. Gdy dojechałam na Dział Izerski pan wręczył mi kubek napoju i powiedział "spoko, teraz już 3 km z górki". Pomyślałam "proszę Boże, oby to była prawda" hehe.

profil trasy biegu 25 km CT, źródło : www.bieg-piastow.pl

mapa przebiegu trasy, www.bieg-piastow.pl

   Faktycznie, ostatnie 3 km przebiegały raczej po płaskim terenie więc ruszyłam ile jeszcze miałam pary w barkach i tricepsach. Gdy wjechałam na stadion kopa dodawały mi krzyki publiczności, muzyka i głośne kibicowanie. Co za atmosfera, co za przeżycie! Byłam tak bardzo szczęśliwa, a gdy przejechałam linię mety i na mojej szyi zawisł medal za ukończenie biegu nie potrafiłam ukryć wzruszenia!



       Jestem bardzo szczęśliwa, że ukończyłam bieg i jednocześnie bardzo dumna z siebie, że umiem sobie stawiać poprzeczki, ustalać cele i je realizować. Z wyniku końcowego jestem zadowolona i już wiem, że za rok będzie jeszcze lepszy!



Wynik:

czas 1.58
12 miejsce w kategorii wiekowej K30
35 miejsce wśród wszystkich kobiet
390 miejsce OPEN

























2 komentarze:

  1. Miło to było przeczytać. Mimo ze to tylko 2 tygodnie upłynęły od BP , a dzięki tym Twoim wspomnieniom stanęło wszystko na nowo przed oczami . Gratuluje to dobry wynik jak na pierszy rok po przerwie . Ja tez ćwiczyłem na trasie na Turbacz ....i byłem tym miejscem zachwycony bo wielkiego wyboru w tym roku w tym rejonie nie było. Co do 50 CT wszystko sie zgadza ... na początku było zimno i trochę trudno trafić z ubraniem w takich warunkach na tak długi bieg . Do zobaczenia za rok na BP. MK

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za wpis. A Tobie jak poszło? Zadowolony z wyniku? Zdecydowanie w przyszłym sezonie będę próbowała startować w większej ilości biegów więc z pewnością do zobaczenia :-)

      Usuń