poniedziałek, 2 października 2017

Najgorsza przegrana?

    No i tak Kochani; wszędzie otaczają nas motywacyjne hasła, media społecznościowe trąbią o progresie, walce ze słabościami, stawaniu się lepszą wersją samego siebie, pracy nad sobą etc...Pierdu, pierdu, pitu-pitu, damy radę. No i oczywiście dajemy :-)
Jemy zdrowo, figura się poprawia, udało się wystartować w maratonie, Runmaggedonie czy innych zawodach sportowych. A może sprawa dotyczy innych aspektów życia? Coraz lepsze oceny na studiach, bardziej prestiżowa praca, wyższe zarobki. Chcieć to móc, a ja chcę i mogę wszystko!



   I wtedy nagle "trach", "jep", "bęc", "baaang"-  nazwij to jak chcesz, w każdym razie chodzi o to, że prosto z wozu lecisz na ziemię. Może nadmiar stresu? Za dużo pracy, problemy osobiste, choroba albo i zwykły leniwiec, przeciążenie, zmęczenie materiału... Powodów może być wiele, ale cokolwiek by to nie było skutkuje tym, że nie tylko nie osiągasz już lepszych wyników, ale zaczynasz się cofać i tracisz to, co wypracowałaś/eś do tej pory.
Wiadomo, że z poziomu trzydziestolatki, zaczynając treningi, nawet jeżeli wystartujesz w jakiś zawodach to realnie oceniając szanse na zwycięstwo masz marne i dobrze o tym wiesz nie pisze o zawodach sylwetkowych bo tego złośliwie nie zaliczam do sportu, ale nie to jest ważne, że przegrywasz z innymi- wygrywasz sama ze sobą i zdobywasz osobiste osiągnięcia. Mimo wszystko jednak- dopóki idziesz do przodu i poprawiasz wyniki, jest ok.

  No i właśnie nawiązując do tego- a co jak zaczynasz przegrywać sama/sam ze sobą? Nie masz siły, nie biegasz tak szybko, treningi sprawiają ból i trudność, oceny lecą na łeb na szyje, w pracy starasz się jak możesz ale wyników nie ma. Co wtedy? I kolejne pytanie? Kiedy można odpuścić? Kiedy należy się pogodzić z tym, że nasze wyniki (czegokolwiek by nie dotyczyły) nie będę już takie jak dawniej? Jak odróżnić akceptację od poddania się?



Nie będę ukrywać, że jest to dla mnie szczególnie trudny temat. Nie "dźwigam" już tyle co kiedyś, nie biegam tak szybko, często po treningach jestem tak zmęczona, że ledwo mam siłę co inne rzeczy.
W tym roku chciałabym przywieźć swoje narty do Polski i spróbować pobiegać troszkę po naszych, rodzimych trasach. Wiem, że będę do bani. Ktoś powie "nie powinnaś zakładać, że sobie nie poradzisz". Ale ja nie zakładam tylko realnie oceniam temat. Kiedyś na narty wychodziłam 4 razy w tygodniu, biegałam dystanse po 15-40 km, do tego interwały i praktycznie codzienny trening siłowy. Obecnie od dawna nie ćwiczę już tak ostro, nie pielęgnuję techniki ani wydolności. Nie mam na to czasu, a przez ilość obowiązków, także i siły. Pewnie będzie mi przykro jak wybiegnę na trasę i na "dzień dobry" dostanę zadyszki :-(




Co na to poradzić? Chyba po prostu muszę złapać dystans. Tak jak to robiłam do tej pory, cieszyć się sportem, dawać z siebie tyle ile aktualnie mogę, ale bez ambicjonalnych zadęć. Nie zawsze będę tak samo sprawna i silna, nie będę też wieczne młoda. Może to trochę śmieszne brzmi, ale to chyba właśnie ten dystans i akceptacja, którego nam zazwyczaj brakuje. Najróżniejszych celów treningowych mogę mieć wiele, w głowie non stop pojawiają mi się nowe pomysły i czasem czuję, że sama nie wiem od czego zacząć. Ale już teraz wiem że podstawowym celem musi być zdobycie umiejętności spojrzenia na temat z dystansem i akceptowania własnych możliwości. I to właśnie będzie moja pierwsza przygoda  :-)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz