wtorek, 4 sierpnia 2015

Caroline taka jak Ty

    Zdarza Ci się przyglądać innej kobiecie i myśleć „jaka ona jest ładna/zgrabna/dobrze ubrana/zadbana/szczupła/wysportowana…..” , a potem w duchu mówić sobie „ ja taka być nie mogę bo…”. I zaraz za bo wstawiasz wyjaśnienie, dlaczego Ty nie możesz osiągnąć czegoś co najprawdopodobniej tej innej kobiecie przyszło z łatwością, a bynajmniej o wiele łatwiej niż przyszłoby Tobie. Jedne mają dobre geny, inne szybką przemianę materii, są młodsze, zawsze były szczupłe, inne znowu mają bogatego męża lub po prostu lepiej zarabiają i mogą sobie pozwolić na to,  na co Ty nie możesz. Patrzysz w lustro, wzdychasz i wracasz do swojej codzienności.  Raz na czas uda Ci się zebrać w sobie- wybiegniesz na siłownię, do apteki po cudowne tabletki odchudzające, wybierzesz się do fryzjera. O tak, tak zmienisz swoje życie… Mija kilka dni, może tygodni, Twój zapał spada aż w końcu pakujesz „superkobietę” do worka i upychasz po raz kolejny na samo dno swojej szafy marzeń.

DOKŁADNIE WIEM CO CZUJESZ, BO TEŻ TAM BYŁAM  


źródło: www.lovethispic.com

    I tu czas na kawałek mojej historii, historii o tym jak wyglądało moje życie kiedyś i jak wygląda teraz, co skłoniło mnie do zmiany i jakie korzyści owa zmiana mi przyniosła. Opowiem też o tym, jak pracowałam nad samą sobą, aby zmiany w moim życiu były trwałe. Postaram się na tym blogu podzielić się z Tobą moimi przemyśleniami i moją receptą na to, jak stać się dokładnie taką kobietą jak chcę być. Moim celem nie jest pouczać Cię, ani mówić Ci, że masz postępować tak jak ja. Wręcz przeciwnie. Chcę Ci pokazać, że każdy poszukuje w życiu czegoś innego i inne rzeczy dają mu szczęście. Wspólnym mianownikiem jest jedynie poszukiwanie i to, że jeżeli czegoś bardzo, bardzo chcemy, to nie powinniśmy od razu wyszukiwać przeszkód, które uniemożliwią nam spełnienie marzeń.

    W pewnym sensie ta historia powinna się zaczynać 17 lat temu kiedy przez „młodzieńcze eksperymenty” z dietami i tabelami kalorycznymi połączonymi z kompleksami nastolatki nabawiłam się poważnych zaburzeń odżywiania. Cóż tu dużo pisać: zaczęło się niewinne od sprawdzania ile dziennie jem, a skończyło na codziennych próbach zmniejszenia ilości jedzenia. Byłam chuda i chora. Na szczęście dzięki pomocy specjalistów oraz troskliwej opiece bliskich udało mi się pokonać chorobę, jednak odcisnęła ona na moim zdrowiu, zarówno fizycznym jak i psychicznym, ogromne piętno. Wiele lat zajęło mi odzyskanie równowagi i powrót do normalności, ale myślę, że temu okresowi mojego życia poświęcę kiedyś osobny post.

    Już w dorosłym życiu  istotnym momentem do zmian okazały się przygotowania do mojego ślubu. Był rok 2011 rok i jak wiele przyszłych panien młodych, tak i ja robiłam wszystko, aby w białej sukni prezentować się jak najpiękniej. Pamiętam jak dziś, gdy wybrałam się pobiegać na krakowskie Błonia i odkryłam, że nie jestem w stanie przebiec, bez przejścia do marszu, nawet jednego kilometra! Trochę lepiej było przy wizycie na siłowni, choć z perspektywy mojej obecnej wiedzy podejrzewam, że „doświadczeni pakerzy” musieli mieć wtedy ze mnie nie lada ubaw. Projekt „poprawa sylwetki przed ślubem” został błyskawicznie zamknięty.

    Kolejna część to 2012 rok. W moim życiu zawodowym pojawiły się duże zmiany, otworzyłam praktycznie na raz dwie firmy i wszystko wokół mnie nabrało tempa. Wychodziłam z pracy po to żeby  spać, a spałam po 4-5 godzin na dobę.  W pracy musiałam dobrze wyglądać,  być non stop na wysokich obrotach i mieć pod kontrolą wszystko co działo się wokół mnie. Poza pracą nie było nic, padałam zmęczona, zaniedbałam kontakty z rodziną i przyjaciółmi, nie dojadałam, zaczęłam się bardzo źle czuć. Po kilku miesiącach byłam tak wyczerpana, że zaczęłam unikać własnego odbicia w lustrze. Wtedy postanowiłam, że muszę znaleźć jakieś dodatkowe zajęcie niezwiązane z pracą, bo w przeciwnym razie pochłonie mnie ona doszczętnie. I tak poszłam na siłownię.

    Początki były trudne. Nie umiałam ćwiczyć, nie miałam siły ani kondycji, nie radziłam sobie z najprostszymi ćwiczeniami, byłam nerwowa, źle znosiłam porażki. Były dni, kiedy czułam, że robię postępy, a były takie, kiedy po powrocie z pracy, zdenerwowana i zmęczona, nie byłam w stanie wykrzesać z siebie niczego. Czasami chciałam dać sobie spokój, ale wtedy mówiłam do siebie „jeżeli jutro nie będziesz miała w kalendarzu wpisu <18.00 siłownia>, to w to miejsce wpiszesz sobie spotkanie, albo załatwienia związane z pracę”. I tak walczyłam dalej. Mijały tygodnie, miesiące, a ja paradoksalnie zaczęłam mieć coraz więcej energii.  Zauważyłam znaczący wzrost apetytu, a jedząc nabierałam więcej siły do działania. W pracy czułam się pewna siebie i zmotywowana. W domu miałam więcej zapału do wszelkich codziennych spraw. Zdecydowanie poprawiły się moje relacje z mężem, bo stres z pracy wyładowywałam na sztangach. Po jakimś czasie zaczęłam też zauważać, że moje ciało stało się jędrniejsze, sylwetka nabierała fajnych proporcji. Na efekty musiałam chwilę poczekać, ale gdy zaczęły być widoczne, utwierdziły mnie w przekonaniu, że idę w dobrą stronę. Potem było już tylko lepiej i lepiej.






Caroline zawodniczka

-Jedziesz ze mną na zawody?
-Nie
-No tak wiedziałam, że nie dasz rady…
- ok jadę…

   I takim sposobem, mniej więcej po roku od rozpoczęcia mojego nowego życia, zapisałam się na Bieg Wazów dla kobiet. Bieg Wazów to zawody na nartach biegowych o dystansie 30 km, które odbywają się w Szwecji i w których co roku startuje około 10 000 kobiet. Do startu był niecały rok, a ja nie umiałam biegać na nartach !!! Bardzo chciałam jednak udowodnić sobie, że nie jestem tą samą dziewczyną, którą byłam rok wcześniej, słabą, ze słomianym zapałem, rzucającą słowa na wiatr, poddającą się na pierwszym zakręcie. Zaczęłam każdą wolną chwilę spędzać na treningach: na nartach, na siłowni, na bieganiu, pływaniu.  Uczyłam się jak walczyć o swoje i jak nie poddawać się po porażkach. Zawody odbyły się 4 dni po tym jak skończyłam 30 lat i był to mój pierwszy raz jak chodzi o jakąkolwiek rywalizację. Nigdy wcześniej nie brałam udziału w żadnym konkursie, zawodach, nie wypełniłam nawet kuponu w „totka”. Zawody ukończyłam z czasem 2h 14min , co dało mi miejsce w pierwszych 800, na  około 8000 uczestniczek.
    Ta przygoda pokazała mi,  że moje życie zależy ode mnie i jeżeli będę widziała możliwości, a nie przeszkody, będę w stanie osiągać zamierzone cele. Stałam się o wiele pewniejszą siebie, szczęśliwą i pozytywnie nastawioną do życia kobietą. Wiem, że mogę! To co odnalazłam w sporcie uczę się przekładać na inne aspekty życia: na płaszczyźnie zawodowej stałam się odporniejsza na stres, bardziej ukierunkowana na sukces i dążenie do założonego celu, w relacjach z ludźmi jestem o wiele spokojniejsza, bardziej wyrozumiała, na co dzień stałam się cierpliwsza i skupiona na zadaniach i osobach. Nauczyłam się też odpoczywać i korzystać z wolnego czasu w efektywny sposób. Jestem o wiele szczęśliwsza sama ze sobą. Jako nastolatka myślałam, że gdy skończę 30 lat to będę już „starym zgredem”. Gdy skończyła trzydzieści lat poczułam, że dopiero wszystko przede mną.

 I tego również życzę Tobie. Mam nadzieję, że tym postem wniosłam choć trochę światełka motywacji  i  pomogłam w szukaniu recepty na dobrą zmianę.





Ps. W tegorocznych zawodach wystartowałam już w II grupie zawodniczej i pomimo gorszych warunków ukończyłam z czasem 2.07, plasując się na 570 miejscu 

2 komentarze:

  1. Gratuluje!Wyszłaś na prostą- mi jeszcze się to nie udało niestety-mam problem z kompulsywnym objadaniem -liczę że obserwując Ciebie -mi również się uda. Pozdrawiam, Marzena;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki! Jeżeli będziesz miała ochotę pisz na priv :-)

      Usuń